Żegnaj, 2020! Podsumowanie inne niż wszystkie

W styczniu 2020 zamówiłam teleobiektyw z myślą o fotografowaniu dzikiej przyrody. Byłam wtedy w Alpach, a przesyłka podejrzanie długo wędrowała do Polski z Azji, o której gdzieś już powoli docierały jakieś dziwne, wręcz absurdalne wieści. O ludziach chodzących w maskach, zamkniętych miastach… W 2020 łatwiej byłoby napisać o tym, czego się nie udało. A przecież pomimo wszystko udało się bardzo wiele!


Tyrol, kitznuehel

Miejsce w Alpach, które czeka

W styczniu, zanim wydarzyło się wszystko, co już znamy, udało się ponownie wyjechać w Alpy. Gdy jakieś miejsce odwiedzasz drugi raz, staje się trochę „Twoim miejscem”. Miejscem, które czeka. Wiem, że w Hopfgarten jest drewniany dom z ośnieżonym dachem, a na poddaszu pokój z widokiem na Hoche Salve, z tyrolskimi obrazkami Matki Boskiej na ścianach. W kuchni unosi się zapach sera i kawy, a na śniegu przed domem widać jeszcze ślady, które zostawił łaciaty kot (spryciarz pewnie właśnie zwinął się w kulkę i wygrzewa się teraz przed kominkiem).

Las, który uczy cierpliwości

Gdy zamówiony w styczniu teleobiektyw dotarł, postanowiłam spróbować wreszcie sił w fotografii dzikiej przyrody. W lutym były to początkowo… bazie i giszowieckie sikorki. Sarny spotykane na podmiejskich polach uparcie nie były zainteresowane wytrwaniem w pozie modelek. Rada była jedna: udać się w lasy! Zaszyć się i czekać…. Tylko że w marcu lasy zamknięto. Ale w końcu w Lasach Murckowskich wreszcie znalazłam swoje miejsce. Takie, w którym trzeba wyczekiwać kilka godzin w bezruchu na pojawienie się stad danieli. Nauczyłam się, że zjawiają się zwykle wtedy, gdy cierpliwość fotografa jest już na wyczerpaniu.

Bieg, który uczy wytrwałości

Chyba nigdy jeszcze nie spędziłam w leśnych zakamarkach tyle czasu, co w 2020. Odkryłam zupełnie nowe ścieżki – wystarczyło tylko trochę zboczyć ze znanych szlaków. Gdy jeszcze było ciepło, to właśnie drzewa były najlepszym kibicem i obserwatorem moich biegowych prób. Wspólnie ze znajomymi z pracy zgłosiliśmy się do udziału w biegu charytatywnym Business Run. Letnie treningi były prawdziwą lekcją wytrwałości. W 2020 udało mi się dzięki temu przebiec niejeden maraton. Oczywiście w 5-kilometrowych kawałkach.

Krawców Wierch

Beskidy, które są zawsze blisko

Rok 2020, choć w cieniu pandemii, dla mnie był rokiem upływającym pod znakiem Beskidów. Chętnie wracałam w pobliskie pasma: Mały, Żywiecki czy Śląski, a nawet pierwszy raz odwiedziłam ten Śląsko-Morawski i czeską królową Beskidu – Łysą Górę. Udało się odczarować Pilsko, przenocować i zmarznąć pod namiotem na Krawcowym Wierchu, mimo burzowych prognoz w czerwcu odwiedzić nieznany Beskid Sądecki i zrealizować jedno z marzeń wiecznego śpiocha, czyli…

Wschód słońca na szczycie

Choć nie zliczę, ile razy odwiedzałam Klimczok, ten jeden raz był wyjątkowy. W pewien listopadowy poranek nastawiłam budzik na 3 w nocy. Pobudka o tej godzinie okazała się dużo przyjemniejsza niż o 6 czy 7 rano. Znany, pusty szlak na Szyndzielnię w Beskidzie Śląskim w zupełnych ciemnościach, rozświetlany tylko światłem czołówki, wydawał się tajemniczy i obcy. Udało się dotrzeć w sam raz na świetlny spektakl z Tatrami i Babią Górą w tle.

Wszystko, czego nie było w 2020

Z jednej strony tęsknię za słońcem Południa i za przestrzenią Północy. Brakuje mi zapachu grzanego wina na stoku, gwaru rozmów w obcych językach, włoskiego allora!, czeskiego smażonego sera, spontanicznego wyjazdu w polskie Tatry, z wypadem na bryndzowe haluszki po słowackiej stronie. Brakuje spokoju wyniesionego z zajęć jogi i niedzielnego odpoczynku w gorących solankach. Kawy w Caffe Katowitz, spacerów i rozmów z przyjaciółmi i rodziną. Nie jest tak, że zachwycam się możliwościami i spowolnieniem, jakie dał 2020. Czekam na dzień, w którym kupię bilet lotniczy i polecę odwiedzić siostrę w Holandii, tak po prostu, jak kiedyś. Gdyby rok 2020 był scenariuszem filmu, zasługiwałby na wyróżnienie w kategorii thriller (ze szczególnym naciskiem na wyrafinowane zwroty akcji i suspens godny prawdziwego mistrza horroru). Z drugiej jednak strony – doceniam wszystko to, co w 2020 r. wydarzyło się „pomimo”. Wszystkie te małe rzeczy, które były lekcją cierpliwości i wytrwałości. Znajdzie się pewnie i trzecia strona, a plusy i minusy tego nietypowego roku są trudne do zliczenia. Zatrzymam się więc tu… W końcu trzeba zbierać siły na 2021!

Życzę Wam tego, żeby Nowy Rok miał wszystko to, czego nie było w 2020. Zmiana daty jest symboliczna i wiadomo: nic nie zmieni się z dnia na dzień. Ale z każdym kolejnym dniem jesteśmy bliżej tego, za czym tak bardzo tęskno.

I niech tego (czymkolwiek to jest dla Was) będzie pełen 2021!

Published by

urodapodrozy.blog

Filolog i fotograf amator, podróżuję, szukając piękna. Staram się odkrywać i opisywać miejsca niezwykłej urody.

8 myśli w temacie “Żegnaj, 2020! Podsumowanie inne niż wszystkie

Odpowiedz na stopociechblog Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s