Tihany

Tihany nad Balatonem – kraina lawendy

Półwysep Tihany oraz miasteczko o tej samej nazwie to jedne z najpiękniejszych miejsc nad Balatonem. Tihany to również węgierska kraina lawendy. Jej zapach towarzyszy nam na każdym kroku w trakcie zwiedzania, a nawet długo, długo później. Co warto zobaczyć w Tihany?

Półwysep Tihany nad Balatonem 

Balaton miał być dla nas krótkim przystankiem w trakcie podróży do Słowenii. Spodziewaliśmy się, że Węgry przywitają nas ciepło. Nie sądziliśmy jednak, że tak… gorąco! Pogoda nad Balatonem oraz temperatury niespadające w sierpniu poniżej 32 stopni zaskoczyły nas równie mocno, co późniejsze słoweńskie deszcze. Po rozgoszczeniu się na campingu w miejscowości Revfulopp kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę półwyspu Tihany położonego na północnym brzegu Balatonu. Wzdłuż całego północnego wybrzeża w stronę półwyspu prowadzi droga nr 71. Do Tihany można dojechać także rowerem, gdyż wzdłuż wspomnianej drogi poprowadzona jest malownicza ścieżka rowerowa Balatoni Korut. Sam półwysep wcina się znacznie w głąb jeziora, dzięki czemu widok z Tihany uznaje się za najpiękniejszy nad całym Balatonem. 

Widoki Tihany nad Balatonem

Dlaczego węgierskie morze?

Lawendowe miasteczko to miłe doznania nie tylko dla nosa, ale przede wszystkim dla oczu. Rozciąga się stąd jeden z najpiękniejszych widoków na Balaton. Z bliska mętnoszary, mieni się tu wszystkimi odcieniami turkusu. To właśnie w Tihany łatwo można przekonać się, dlaczego Balaton bywa nazywany węgierskim morzem”
Tihany Balaton

Tihany pełne lawendy 

Lawendowa nuta wpływa pozytywnie na nastrój, uspokaja, wycisza, a sama lawenda jest od dawna stosowana w medycynie. Zakochani w lawendzie podróżują do Prowansji, pola lawendowe porastają też chorwacką wyspę Hvar. Na szczęście nie trzeba jechać tak daleko, by poczuć dobroczynne działanie tej niepozornej rośliny o fioletowych kwiatach. Węgierski półwysep także ma swoją krainę lawendy – jest nią właśnie Tihany, gdzie lawendę sprowadził z Francji w latach 20. XX w. zielarz i farmakolog Gyula Bittera. Ponieważ roślinie tej nie potrzeba wiele, wulkaniczne gleby nad gorącym Balatonem okazały się dla niej bardzo gościnne. Nawet jeśli traficie do Tihany po zbiorach kwiatostanów (zwykle w czerwcu i towarzyszy im prawdziwe lawendowe święto) – nic straconego. Lawendowy aromat i tak jest obecny w całym miasteczku, a to za sprawą wyrobów, z których słynie Tihany.



Znajdziemy tu m.in. lawendowe kosmetyki, słodycze, suszoną lawendę, pałeczki lawendowe, a nawet lawendowe piwo. Także w kawiarniach w Tihany lawenda nie odstępuje nas na krok. Zamówimy tam m.in. kawę z syropem lawendowym, a gdyby ktoś jeszcze czuł niedosyt – także lawendowe ciasto.


W mieście działa kilka punktów, w których możemy dowiedzieć się więcej o lawendowej historii Tihany – jednym z nich jest Lavendula Haz (czyli lawendowy dom). Polecam odwiedzić także Tihanyi Levendula Manufakturę, lawendowe królestwo, w którym znajdują się sklepik i minimuzeum. Inną ze znanych atrakcji Tihany jest Paprika Haz – dom cały w papryce. 

Co zobaczyć w Tihany? 

Lawendowe miasteczko to miłe doznania nie tylko dla nosa, ale przede wszystkim dla oczu. Rozciąga się stąd jeden z najpiękniejszych widoków na „węgierskie morze”. Balaton, z bliska mętnoszary, mieni się tu wszystkimi odcieniami turkusu. Co zobaczyć w Tihany? Zwiedzanie tej niewielkiej, ale pięknej miejscowości to przede wszystkim spacery wśród urokliwych uliczek, w których kryją się sklepy z lokalnymi wyrobami. Królują tu oczywiście papryka i lawenda.



Jednak miejscem, do którego zdają się prowadzić wszystkie ścieżki, jest widokowa promenada. To bez wątpienia największa atrakcja Tihany, co przekłada się na liczbę spacerujących i zasłyszanych języków. Promenada wiedzie od opactwa Benedyktynów po Molo Cafe. Widok z tej pięknie położonej kawiarni nie ustępuje greckim krajobrazom, a cień na tarasie pozwala obserwować białe żagle sunące leniwie po tafli jeziora. Cień – tego w lawendowym miasteczku brakuje najbardziej! W Tihany upalna pogoda oraz lokalizacja na wzgórzu (brak chłodnej bryzy) mogą być przeszkodą w zwiedzaniu nawet dla największych poszukiwaczy piękna.


Tihany Balaton
Tihany, Balaton

W poszukiwaniu ochłody warto zejść zielonym szlakiem do mariny i pospacerować po molo. Po drodze zobaczymy piękne wille – niektóre kryte strzechą, inne w stylu modernistycznym. Wszystkie jednak współgrające z urodą tego miejsca. Niedaleko mariny znajduje się Varosi Strand, miejska plaża – w Tihany, podobnie jak w wielu miejscowościach nad Balatonem, jest ona płatna. W drodze powrotnej czeka nas marsz pod górę – tu, jak zresztą w trakcie całego zwiedzania Tihany, pomocny okaże się zapas wody.



Informacje praktyczne 

Tihany – gdzie parkować? 

Na parkingach w Tihany zobaczymy auta o tablicach rejestracyjnych z całej Europy, których właściciele zapełniają miejsca parkingowe w niesamowitym wręcz tempie. Na szczęście w miasteczku są liczne drogowskazy naprowadzające na parkingi, a pierwsze z nich znajdują się zaraz przy wjeździe do centrum. Opłata za parking wynosi ok. 300-450 HUF za godzinę. Im bliżej centrum, tym wyższa cena pozostawienia samochodu, a cena parkowania za cały dzień to około 1200 HUF. Bilet na parking wykupujemy w parkometrze – te w zależności od modelu akceptują monety / monety oraz banknoty. Większość urządzeń przyjmuje forinty, ale niektóre także euro. Warto mieć zapas każdej waluty, by przygotować się na wszystkie opcje. 

Tihany – gdzie zjeść? 

Tihany przywodzi mi na myśl nasz nadbałtycki Sopot. Miasteczko pełne jest restauracji i kawiarni. Większość z nich, szczególnie w miejscach widokowych – zaoferuje nam dania w cenach około 2000-3000 forintów. W podróżowaniu po Węgrzech najbardziej lubię to, że można tam zjeść smacznie, ale też tanio. W Tihany jako opcję ekonomiczną mogę polecić knajpkę przy jednym z parkingów.


Za łączną sumę 1500 HUF udało nam się zamówić tam porcje dla dwóch osób. Węgierskie kiełbaski oraz frytki (wiem, wiem, że niezdrowo) w zupełności wystarczyły, by przetrwać w niemiłosiernym upale. Również przy marinie można niedrogo kupić langosza czy paprykowaną kiełbaskę w podobnej cenie.  

Moja opinia o Tihany 

Tihany Balaton

Choć na ulicach miasteczka próżno szukać ciszy, a czasu na fotografowanie mamy tyle, ile dadzą nam wyrozumiali, spacerujący promenadą turyści, warto pojechać do Tihany. Choćby po to, by mieć własne zdanie co do tego, czy słusznie uznaje się je za najpiękniejsze nad Balatonem. Są takie miejsca, do których myśli uciekają zza biurka, pokonują setki kilometrów nawet kilka miesięcy po urlopie. Takie wspomnienia odtwarzane w myślach w kółko jak ulubiony kawałek. Dla mnie Tihany, podobnie jak włoskie jezioro Como, z pewnością będzie jednym z takich właśnie miejsc. Wystarczyły dwa tygodnie, deszcz w słoweńskich górach i znów patrzyłam na turkusowe wody, wdychając zapach lawendy.

Dziękuję za odwiedziny!

Podobne wpisy:

Luhacovice, Jurkowicz

Czechy – Morawy rowerem cz. 2

Vizovice i Luhacovice – dwa morawskie miasteczka, do których zaprowadziły nas czeskie drogi. Co w nich znajdziemy dla ciała, co dla ducha? Pierwsze z nich to królestwo śliwowicy, drugie – największe uzdrowisko na Morawach.

W czerwcowe noce łatwo pobłądzić w czasie, gdy o 22 wieczorem i 4 rano jest prawie tak samo jasno. Wieczorami cichną już kosy, ale rano przez szmaciany dach namiotu słychać wyraźnie obudzone ptaki. Przygotowujemy śniadanie w kuchni turystycznej, po czym – tym razem przezornie trzymając się pobocza drogi i nie zapuszczając w nieznane górskie tereny) ruszamy na rowerach w stronę Vizovic. Jak przyjemna to trasa, w porównaniu z poprzednimi dniami. Długie zjazdy pozwalają zagapić się na chwilę na łąki, na których jak małe figurki stoją pasące się krowy. Mogłabym przysiąc, że znaleźliśmy się właśnie w otoczeniu miniaturowych Alp, tak tu zielono. Docieramy do pierwszego naszego celu – Vizovic.


Vizovice – królestwo śliwowicy

Vizovice znane są też jako Brama Wołoszczyzny. To otoczone Vizovickimi Wierchami miasto przetrwało liczne pożary i wojny. Każdy słyszał o Jozinie z Bazin – gdyby ktoś chciał również go zobaczyć, to – jeśli wierzyć legendom – właśnie w okolicach Vizovic można spotkać Józka z Bagien, o którym śpiewał Ivan Mladek

Komu braknie odwagi, aby stanąć oko w oko z marą, może spróbować czeskiej śliwowicy, która rozsławiła miasto na cały świat. Śliwkę znajdziemy tu nie tylko w destylatach. Vizovice są znane również z organizacji corocznych hucznych zbiorów tych owoców, a także konkursu jedzenia… knedli ze śliwkami. Nie odmówiłabym 🙂 My jednak zajadamy się smażonym serem, popijając go kofolą, i na rowerach ruszamy do nieodległej destylarni Rudolfa Jelinka, gdzie znajduje się także muzeum i sklep. Zwiedzanie z przewodnikiem trzeba umówić wcześniej. Niewiele wiem na temat procesu destylacji, jednak udało mi się przekonać Łukasza, którego do tej pory widzieliście tu i ówdzie na zdjęciach, aby skrobnął kilka słów na ten temat.

Destylarnia Rudolfa Jelinka

Dlaczego piszę te kilka tych kilka o starej vizovickiej destylarni? Nie chodzi tu tylko o to, że najwyższa jakość jej flagowych wyrobów jest niepodważalna – to doceniono już w latach 30., gdy Rudolf Jelinek stał się drugim co do wielkości importerem alkoholi do USA. Rzecz w tym, że produkcja destylatów owocowych jest, nie zawaham się użyć tego stwierdzenia, nieodłącznym elementem kultury stołu tzw. Mitteleuropy. W każdym z niegdyś tworzących ją krajów produkuje się tego typu trunki: Austriacy mają swojego obstlera, Węgrzy palinkę, Słoweńcy zganje, Chorwaci rakiję. Półki czeskich sklepów obfitują w destylaty wręcz fenomenalnej jakości, przez co każde zakupy u naszych południowych sąsiadów niezmiennie mnie wzruszają i od lat już nie mogę wręcz nacieszyć oczu widokiem mnogości butelek kryjących pachnące śliwowice, gruszkowice, czereśniowice i morelowice. Nie, nie ma się czego wstydzić ani w zakłopotaniu opuszczać głowy – przecież nie chodzi tu wcale o bycie na rauszu! W przypadku tak szlachetnych eau de vie jest to wręcz niegodne! Jeśli tylko potrafimy trzymać się dżentelmeńskiej kultury spożycia, możemy w pełni cieszyć się wspaniałą jakością trunków i docenić kunszt ich twórców.

Wracając do samej destylarni Rudolfa Jelinka, to niejako naturalnie wkomponowuje się ona w vizovicki krajobraz usiany licznymi sadami owocowymi, z których znana jest Wołoszczyzna. Są one naturalnymi dostarczycielami najwyższej jakości surowców – głównie śliwek, ponieważ najbardziej znanym Jelinkowym wyrobem jest właśnie śliwowica. Co ciekawe, lokalne sady (których znaczna część jest własnością fabryki) mimo obfitości owoców nie są w stanie zaspokoić całości potrzeb fabryki. Pokrywają one około 8% możliwości przerobowych destylarni. Wracając do flagowego produktu Jelinka, czyli śliwowicy – produkuje się ją w kilku odmianach – białej, złotej (starzonej w dębie), limitowanej (tylko z vizovickich śliwek) oraz co najciekawsze – koszernej. To właśnie sprzedaż tej ostatniej do USA oraz jej wielka popularność wśród lokalnej społeczności żydowskiej przekuła się na finansowy sukces firmy w latach 30. Do dziś w produkcji tej odmiany śliwowicy używa się tylko surowców i praktyk zgodnych z zasadami ortodoksyjnej wiary żydowskiej, a cały proces odbywa się pod nadzorem przedstawiciela amerykańskiej Unii Rabinów Ortodoksyjnych. Każda butelka koszernej śliwowicy jest stosownie certyfikowana i ozdobiona zawieszką w kształcie Gwiazdy Dawida. Osobiście najbardziej lubię odrobinkę (dosłownie łyżeczkę) złotej, trzyletniej śliwowicy jako dodatek do małej filiżanki mocnej, gorącej czarnej kawy. Niesamowicie podkręca jej smak i nawet po wypiciu kawy wnętrze ciepłej jeszcze filiżanki delikatnie pachnie dojrzałą morawską śliwką. Swoją drogą – owoce trafiające do destylarni muszą być naprawdę niezmiernie szczęśliwe… †


Luhacovice – królestwo wód

Ludzie budują piękne światy wokół miejsc, gdzie natura daje im coś od siebie – czy to kojące widoki, leczniczy klimat czy też dobroczynne działanie żywiołów. Do takiego właśnie pięknego świata, trafiliśmy z Vizovic. Luhacovice, bo o nich mowa. są trochę jak świat z przeszłości. Z morawskich podziemi co godzinę wydobywa się tu 15 000 litrów leczniczych wód mineralnych. Woda – to właśnie ona sprawiła, że na morawskich ziemiach zaczęły wyrastać architektoniczne dzieła sztuki, a w okolicach źródeł powstawać parki zdrojowe, pełne cienistych zakątków i szmeru fontann.

Morawskie źródła uznaje się za najbardziej dobroczynne w Europie dzięki wysokiej zawartości minerałów

Morawskie źródła uznaje się za najbardziej dobroczynne w Europie dzięki wysokiej zawartości minerałów, m.in. sodu, potasu, wapnia, magnezu, żelaza, jodu i bromu. Po przejechaniu wielu kilometrów w upale organizm sam dopomina się minerałów i mimo że mięśnie twarzy układają się w grymas, robimy kolejny łyk… i kolejny.

W okolicy jest 17 źródeł. Bardziej znane z nich to Vincentka, Viola, Marie, Dr. St’asneho czy Ottovka – ostatnie o smaku wody najbardziej znośnym dla podniebienia. Wody mineralne są wykorzystywane także do inhalacji, masaży, kąpieli czy zabiegów hydroterapii w licznych łaźniach.


Co zobaczyć w Luhacovicach?

Nie sposób wymienić wszystkich willi i miejsc wartych odwiedzenia, gdyż za każdym rogiem, przy niemal każdej uliczce, nasze oko przyciąga kolejne architektoniczne cudo. Hotele Dom Augustiański i Praha oraz pobliskie wille słowackiego architekta Duszana Jurkowicza dają pełne wyobrażenie o znaczeniu Luhacovic jako znanego kurortu leczniczego. Dalej mijamy stare łaźnie i kierujemy się w stronę parku zdrojowego (czes. Lazenske Namesti). Symbolem Luhacovic i najpiękniejszym budynkiem jest Jurkovicuv Dum (zdjęcie niżej) wspomnianego wcześniej architekta. Jego zmysł estetyczny nadawał i nadal, mimo upływu lat, nadaje kształt temu miejscu. W pobliżu odnajdujemy liczne inne budynki jego autorstwa, jak na przykład willa Rosa czy hotel uzdrowiskowy Jestrebi. Pośrodku tego wszystkiego my: z naszymi z rowerami, sakwami, w kaskach i stroju sportowym, trochę jak barbarzyńcy w świecie secesyjnej elegancji. W Luhacovicach nie udało nam się także wpasować w żadną z grup wiekowych – uliczki i kawiarnie pełne są tu szczęśliwych gromadek seniorów i głośnych grupek kolonijnych, wędrujących – mniej lub bardziej chętnie – od źródła do źródła.



Zbiornik Luhacovice

Swobodniej można poczuć się przy niedalekim zbiorniku o tej samej nazwie co miasteczko. Z centrum miasta prowadzi tam trasa rowerowo-spacerowa, prehada, którą docieramy nad zaporę. Sam zbiornik, otoczony lekko falującymi wzniesieniami, znajduje się w niewielkiej miejscowości Pozlovice.

Trawiaste plaże, ścieżki rowerowo-rolkarskie, basen i chłód wody przyciągają w to miejsce zarówno tych bardziej aktywnych, jak i stęsknionych za nicnierobieniem. Tu i ówdzie znajdujemy ślady topornej przeszłości w formie mniej finezyjnych budynków czy starych ławek, które przesłania jednak przyrodnicza uroda tego miejsca. Tu też znajdował się nasz tymczasowy dom, czyli camping Luhacovice. Miejsce, które poleciłabym każdej osobie, która dopiero przekonuje się do noclegów pod namiotem.


Morawy rowerem, zbiornik Luhacovice

Podróżowanie po Czechach – porady

  • Poruszając się na rowerze poboczami dróg, ostrożność plus dobre oświetlenie to zasada numer jeden. W rejonie Luhacovic wiele było np. krętych dróg i podjazdów, gdzie wymijały nas samochody ciężarowe.
  • Jeśli nie chcesz obejść się smakiem na widok piwa, miej w kieszeni więcej niż kilka koron. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do wszechobecnych terminali płatniczych, ale w Czechach, a przynajmniej na Morawach, nie wszędzie zapłacimy kartą.
  • Gdy zamawiasz pecene koleno, zastanów się, czy na pewno jesteś w stanie zjeść aż 400 gramów golonki? Połową tej porcji największy głodomór też się naje.
  • W Czechach nie ma możliwości, by wyznaczyć trasę rowerową za pomocą map Google. Aplikacja Mapy.cz lub mapa online świetnie się sprawdza jako nawigacja.

Dziękuję za odwiedziny!

Beskid Mały – Magurka i Międzybrodzie Bialskie

W majówkę ruszyliśmy na szlak w stronę Magurki Wilkowickiej i dalej do Międzybrodzia Bialskiego. Beskid Mały, choć mniej popularny niż Beskid Śląski czy Żywiecki, ma dużo do zaoferowania.

Zbliżał się weekend majowy. „Jedziemy na rowerach pod namiot. Cel: Czechy, piwo i smażony ser”. Świetny plan, jednak liczba kresek na termometrze spadała proporcjonalnie do liczby dzielących nas od wyjazdu dni, nocami osiągając magiczne 0. Wykombinować na szybko cieplejszy śpiwór i jechać mimo wszystko? Nie… Może się skończyć jak na Rysiance, gdy w nocy ubrałam na siebie z zimna wszystkie rzeczy (to i tak nie działa). „To może Beskid Mały?”.

Szlak na Magurkę Wilkowicką

Magurka Wilkowicka ciekawiła mnie od momentu, gdy zobaczyłam zdjęcia na blogu ilustrowanynotatnikosobisty.com. Pojechaliśmy więc do Bielska Straconki, tam na parkingu pod kościołem Matki Bożej Pocieszenia przy ulicy Górskiej zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Magurki. Po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jest jeszcze jeden parking, wyżej, na którym można zostawić samochód.

Na szlaku - Magurka

Według map turystycznych kolejne 50 minut ze wspomnianego parkingu dzieli nas od schroniska na Magurce. Zdaje się, że pokonaliśmy całość szlaku ze Straconki w takim właśnie czasie. Zielony szlak ze Straconki na Magurkę jest niewymagający, idziemy wśród krzewów jagodowych, od których latem pewnie miałabym całe niebieskie dłonie.


Magurka Wilkowicka, przed schroniskiem
Magurka Wilkowicka, przed schroniskiem
Magurka Wilkowicka, przed schroniskiem

Schronisko na Magurce zaprasza regionalnymi potrawami, a dla spragnionych mają nawet kofolę! Na naszych talerzach wylądowała żebroczka – to rodzaj babki ziemniaczanej zapiekanej z boczkiem i cebulą, z kleksem śmietany u góry i pietruszkową posypką. Porcja w sam raz na obiad i kolację jednocześnie. Możemy iść dalej.

W schronisku na Magurce warto skusić się na żebroczkę.
to rodzaj babki ziemniaczanej zapiekanej z boczkiem i cebulą, z kleksem śmietany u góry i pietruszkową posypką.
Magurka, żebroczka
Schronisko na Magurce Wilkowickiej
Magurka, schronisko

Żółtym szlakiem do Międzybrodzia Bialskiego

Wymyśliłam, żeby do Międzybrodzia zejść z Magurki żółtym szlakiem, a następnie wrócić czerwonym. Nie sprawdziłam dokładnie różnicy przewyższeń i założyłam, że w Beskidzie Małym to właściwie nie ma znaczenia. „Nie zmęczymy się przecież”. Szlak do Międzybrodzia Bialskiego prowadzi lasem, po niedługim czasie mijamy Piekielny Potok, a potem, tak jak i on, zmierzamy do Jeziora Międzybrodzkiego.



„Na mapie wyglądało, że to trochę bliżej” – cały czas spodziewam się zobaczyć jezioro, ale tylko te drzewa i drzewa… Docieramy wreszcie na dół i przypomina mi się ostatnia wyprawa do skansenu w Wygiełzowie, a to za sprawą tego miejsca.

Teraz maszerujemy asfaltem, po drodze zatrzymując się w bacówce, by sprawdzić, czy serki są tak samo dobre jak na Turbaczu. Serek ląduje w plecaku razem z kiełbasą (najwyżej zjemy w chwili kryzysu) i ruszamy już teraz prosto nad jezioro, na końcu kierując się do ośrodka o obiecującej nazwie Miami. Ten wygląda bardziej jak po sezonie niż przed nim, a myśli zmierzają już ku tawernie, do ciepłej filiżanki kawy, przy której zastanawiam się: czy to tylko majowe chmury, z których w nocy (tego jeszcze nie wiemy) spadnie śnieg, przepędziły wszystkich turystów?


Czy to tylko majowe chmury,
z których w nocy (tego jeszcze nie wiemy) spadnie śnieg, przepędziły wszystkich turystów?

Międzybrodzie Bialskie, Jezioro Międzybrodzkie

Czerwonym szlakiem na Magurkę

Aby odnaleźć czerwony szlak, którym będziemy wracali na Magurkę, skręcamy w lewo w ulicę Żywiecką. Mijamy centrum i odbijamy w prawo. Od tej pory jest już tylko pod górkę, żadnych wypłaszczeń, których spodziewałabym się po Beskidzie Małym. Ponieważ szybko nabieramy wysokości, jezioro i Miami znikają gdzieś za nami, a my lasem kierujemy się do punktu pod Rogaczem (873 m n.p.m.), żeby stamtąd niebieskim szlakiem ruszyć w stronę Czupla i Magurki. Przez cały czas wydaje mi się, że za zakrętem będzie wypłaszczenie (albo koniec czerwonego szlaku). Nic z tych rzeczy. Na szczęście dyspozycja dnia jest dobra, więc nie odpoczywamy dużo. Nie jest to szlak spacerowy i bicie serca przy takim podejściu jest coraz szybsze.

Trasa Straconka - Międzybrodzie

Po wejściu na niebieski szlak kierujemy się do najwyższego punktu, jakim jest Czupel (930 m n.p.m.), z którego można przyuważyć przy dobrej pogodzie tatrzańskie szczyty. Spacer po Beskidzie Małym przyniósł nam prawie 23 km i ponad 1000 m przewyższenia.

Beskid Mały to niepozorny, wydawać by się mogło, kawałek górskiego świata. Ma jednak wiele do zaoferowania – i dlatego będę wracać na jego szlaki

Beskid Mały – warto?

Beskid Mały nie jest tak popularny jak np. Beskid Śląski, co sprawia, że jego szlakami wędruje się w ciszy, tylko od czasu do czasu spotykając innych turystów. Weekend majowy 2019 może nie przyniósł najpiękniejszej pogody, ale nie była to też pogoda zupełnie zniechęcająca do górskich wędrówek. Mimo to szlaki beskidzkie w okolicach Magurki i Międzybrodzia Bialskiego były niemalże puste. Trasy są bardzo dobrze oznakowane, więc nie sposób pobłądzić. Beskid Mały to niepozorny, wydawać by się mogło, kawałek górskiego świata. Ma jednak wiele do zaoferowania – i dlatego będę wracać na jego szlaki.

Trasa Straconka – Magurka – Straconka:


Dziękuję za odwiedziny!

Przeczytaj także: